Przejście sezonu
Otwieram oczy i już
wiem - dzisiaj jest ten dzień. Wiem, że nadszedł. Przystawię się. Wszystkim
gały wyjdą na wierzch. To dopiero będzie on sight. Mam Ją długo na oku.
Wszyscy mówią że jest wkaszalna... Tylko te miejsce po drugiej wpince...
Jak asekurowałem tego gościa, to ciągnął z tej małej dziurki... No tak,
ale on jest wyższy! Raz kozie śmierć, świat należy do odważnych!
***
Zdążyłem, słońca jeszcze
nie ma. O, nie jestem pierwszy. To dobrze, będę miał powieszone ekspresy.
Szybka rozgrzewka i stoję przed Nią. A może poczekać? Nie, przecież jest
wkaszalna. Jak on ją zrobił, to ja też. A gdzie w końcu jest trudne miejsce?
A, przy tym pęknięciu. To którą ręką wejść w tą klamkę? Tak myślałem że
prawą. Ostatnie zamagnezjowanie i go! Co! Jak to! Druga wpinka niebezpieczna!
Wcześnie mi mówicie. Przecież musicie mi zrobić bezpieczną wpinkę, bo mogę
spalić on sighta.
***
O kurwa, co teraz! Przecież
zaraz spadnę! Musi tu być jakaś klamka! Coo, mam się rozejrzeć! Przecież
się rozglądam. A faktycznie, jest! Myślałem, że już spadnę. Mówicie że
już jest moja? To w takim razie wykrzesam jeszcze trochę siły.
***
Już po wszystkim. Ale załoiłem.
Jeszcze nogi mi się trzęsą. To był niezły on sight. (Zus)
Body climbing
Istnieje już od dawna
dyscyplina wspinaczkowa, która nie doczekała się jeszcze nazwy, regulaminu
i terminologii, czyli zasad ogólnych. Jest to tym dziwniejsze, ze uprawiających
tę dyscyplinę nie brakuje. Przodujące w tej dyscyplinie środowisko warszawskie
postanowiło ubiegać się o pełne prawa dla tej dyscypliny, w przyszłości
być może łącznie z organizacją zawodów. Ponieważ nasze skromne pisemko
chce iść z duchem czasu, podejmujemy temat mając nadzieję, że pomoże to
w popularyzacji tej, jakże interesującej dyscypliny. Ogólnie rzecz biorąc,
w body climbingu chodzi o prezentacje w czasie wspinania (i nie tylko podczas
wspinania) warunków fizycznych wspinacza, które potencjalnie decydują o
jego poruszaniu się po skale, czyli po prostu o prężenie buły. Ileż razy,
wspinacz zwany od dziś body climber, podchodząc pod ścianę zrzuca koszulkę
aby zaprezentować gawiedzi swoją średnicę przedramienia, obwód klatki czy
inne realne wielkości. W chwili gdy body climbing otrzyma pełne prawa,
minie niepewność co do tego, kto ma największy potencjał wspinaczkowy i
kto (gdyby tylko chciał) może załoić coś naprawdę wielkiego. Będziemy również
wiedzieli, kto jest w body climbingu liderem, kto jest w czołówce, a
kto ma szansę w niej być.
O tym jak bardzo potrzebna
jest jasność w tej kwestii, świadczy ustalenie od razu dwóch konkurencji:
body climbing classic; wspinacz
prezentuje swoją masę mięśniową, czyli klasycznie pręży buły. Ta konkurencja
ma najwięcej zwolenników, ponieważ zasady są proste a wynik liczy się w
centymetrach obwodu, przy czym górna część ciała jest bardziej punktowana.
Typowy przedstawiciel body climbing fitness: Sylwester Stalone. Ta konkurencja
jest bardziej subtelna, ponieważ końcowy wynik zależny jest od wrażeń estetycznych
jury. Body climber fitness zbudowany jest proporcjonalnie, duża masa mięśniowa
jest u niego niewskazana, a klasę zawodnika można poznać dopiero po zdjęciu
koszulki i rozpoczęciu prezentacji (classica poznać można nawet w góralskim
swetrze). Typowy przedstawiciel Bruce Lee.
Możliwe jest oczywiście współzawodnictwo
drużynowe. W tym wypadku drużyna składa się z jednego classica i jednego
fitnessa.
Duże trudności napotyka
podczas zawodów body climbingu kompozytor dróg. Droga musi być na tyle
łatwa, aby każdy zawodnik ją ukończył, ponieważ tylko wtedy pokaże każdą
partię swoich mięśni (pokonywane trudności są w body climbingu nieistotne).
I tutaj kompozytor napotyka największe trudności. Chwyty i stopnie muszą
być tak rozmieszczone, aby zawodnik pokazał swój każdy atut; np. triceps
(daleki wypór na chwycie), łydkę (mały stopień odpowiednio wysoko, najlepiej
żeby był to wpuszczak).
Braku miejsca i kompetencji
możemy tylko nakreślić główne zasady body climbingu, mając nadzieję, że
odpowiednie komórki PZA zajmą się regulaminem, tej jakże pięknej i potrzebnej
dyscypliny, dzięki czemu nasz skromny wkład nie pójdzie na marne. (Inw)
Nasza
Patagonia
Kiedy zajęliśmy miejsca
w Boeingu 747 lecącym do Frankfurtu, mieliśmy za sobą koszmar przygotowywania
wyprawy. Teraz miało już być tylko przyjemnie. I było. Nocleg w luksusowym
hotelu w oczekiwaniu na samolot do Santiago, gdzie - jak się okazało Indianki
czekały na nasze niebieskie oczy i blond włosy.
Po zachłyśnięciu się
stolicą Chile, jedziemy do Punta Arenas. Zakupy, impreza integracyjna i
znów jesteśmy w drodze. Następny przystanek to Puerto Natales ostatnie
miejsce przed wjazdem do parku TORRES DEL PAINE. Optymizm i zapał
pozwolił nam donieść wory na camp Torres i ... nie zauważyć załamania pogody.
Po jednodniowym odpoczynku
ruszamy na pierwszy cel Via Georgo Gianninncini (ED/6b/A2/600m) na zachodniej
ścianie Torre Nord. Zauważamy wreszcie pogodę. Padający śnieg zmusza nas
do pozostawienia sprzętu pod ścianą i powrotu. Podczas przeczekiwania "dupówy"
integrujemy się znowu. Tym razem z tutejszym strażnikiem Claudio.
Udaje się nam starym sposobem przełamać bariery językowe i
poznajemy jeden z pierwszych hiszpańskich wyrazów Laluna (czyt. księżyc)
postanawiamy, że tak będzie się nazywać nasza nowa droga.
Następny atak na Via... 10
marca. Rewelacyjna pogoda, piękne widoki, szybkie tempo pomimo odhaczania
prawie wszystkich wyciągów (trudności VII+/VIII-, pozostały 3 miejsca A2).
Jednak wszystko co piękne szybko się kończy. Padający śnieg zmusza nas
wreszcie do kibla. Nazajutrz okazuje się, że 15 metrów przed wierzchołkiem.
Podczas zjazdu poznajemy smak patagońskiego wiatru.
Podczas nabierania
spręża myślimy o głównym celu nowej drodze. Wybór pada na lewą część
wschodniej ściany Torre Nord. Uderzamy 16 marca. Poreczujemy do wypatrzonej
półki biwakowej (ok. 250 m) w ciągłym opadzie deszczu (i śniegu). Po dojściu
do póły zmykamy w dół przed kolejnym załama-niem pogody. Wiemy, że
czasu i jedzenia mamy już tylko na jeden atak. Decydujące starcie 18 marca.
Pogoda wymarzona,
lecz już wiemy, że w Patagonii utrzymuje się taka tylko przez pół dnia.
Chcemy zaporęczować następny odcinek i zjechać do półki na biwak. Młody,
który ma dzisiaj za zadanie tylko przygotować kibel, cieszy się z góry
na opalanie. Jednak nie było mu dane. Będąc na porę-czówkach dopada go
kamień i wszystkie plany biorą w łeb.
Co prawda Młody twierdzi,
że nic mu nie ma, ale nas nie przekonuje. Ciągle lejąca się krew i oko
znajdujące się gdzieś tam, za ogromną opuchlizną, zmuszają nas do odwrotu.
Łukasz z Młodym zjeżdżają szybko, aby dostać się do szpitala, ja likwiduje
wszystko powoli, i gdy ląduje pod ścianą jest już noc. Ciągnąc się na camp,
nie wiedziałem co się stało. Jak możliwe, żeby przytrafiło się nam coś
takiego.
Na szczęście okazało
się, że Młodemu nic poważnego się nie stało. Wracaliśmy do Polski nienasyceni,
ale pewni, że było warto. Teraz czekamy na rewanż.
Rafał Porębski
Uczestnicy wyprawy do Patagonii,
Marek Kazior, Łukasz Muller, Rafał Porębski, dziękują Polskiemu Związkowi
Alpinizmu, firmom Alpinus, Lhotse, Mammut oraz Piotrowi Xięskiemu za pomoc
w organizacji wyprawy. Patronat objęło Radio Katowice i Gazeta Wyborcza. |